Ostatnio nie spałam za wiele, bo cały swój wolny czas przeznaczyłam na przygotowanie i rozwijanie bloga. Mam zwyczaj wpadania w obsesje i skupiania się nad jedną czynnością, podczas gdy inne traktowane są po macoszemu. Tak więc tydzień wybierałam kolory, a o tym ile razy zmieniałam motyw nie będę mówić, bo mi wstyd. Dzisiaj postanowiłam napisać swój pierwszy post o tym, czym jest slow life.

Mam na niego wstępny plan, mam spisane krążące wokół tematu myśli, zaznaczone cytaty w książkach, innymi słowy pełne przygotowanie! I przyszedł kot. Mój czteroletni, wielki kot. Zapakował się na książkach, cielsko idealnie wkomponowało się w kartkę z notatkami, a łapy w klawiaturę. I przeganiam. Proszę. Krzyczę. I nic. Aż go w końcu złapałam z zamiarem wywalenia za drzwi. I przyszło olśnienie. Co ty robisz dziewczyno? Chcesz pisać o slow life, o życiu we własnym rytmie (ale też z poszanowaniem rytmu życia innych członków rodziny) i nie możesz poświęcić paru minut kotu?! I zrobiło mi się wstyd. Przytuliłam gada do siebie, wygłaskałam, wysłuchałam mruczanki i musiałam puścić, bo okazało się że tyle mu wystarczyło. Mój kot uczy mnie życia, w tym życia w rytmie slow.

Historia ruchu

Zaczęło się od protestu włoskich restauratorów przeciwko sieci Mc’Donald i jedzeniu typu fast food. Tak narodził się ruch slow food, gdzie ważnym było używanie lokalnych, świeżych produktów w zastępstwie mrożonek i wysokoprzetworzonej żywności, dbanie o jakość, powolne przygotowywanie dań, ale także celebrowanie posiłków z bliskimi i powrót do przyjemności z delektowania się każdym kęsem.

Dopiero później okazało się, że można zwolnić niemalże w każdej dziedzinie. Powstały idee slow fashion, slow travel, a w końcu i slow life.

Filozofia

Życie współczesnego człowieka zachodu charakteryzuje wszechobecny nadmiar. Mamy za dużo spraw na głowie, za dużo celów, gadżetów, kont społecznościowych, wrażeń, znajomości, ubrań, obowiązków. Poddawani wychowaniu w duchu posiadania chcemy coraz więcej, nie zważając na zasoby planety i powiększające się dysproporcje między ludźmi. Skoncentrowani na ilości a nie jakości, marzymy o kolejnym domu, samochodzie, znajomościach, pracy, a nawet kolejnym partnerze i lepszych dzieciach. Odrzucamy to, co mamy tu i teraz na rzecz zdobywania i gromadzenia, wspierając konsumpcjonizm i marnotrawstwo.

Zgubione życie

Mamy tak wiele, a czujemy że nie mamy praktycznie nic. Życie przecieka nam przez palce, zgubione gdzieś pomiędzy terminami w pracy, wieczorną sesją telewizji a odmrażaną w mikrofali zupą z kubka. Na nic nie mamy czasu ani siły. Masy znajomych komunikują się z nami poprzez komunikatory elektroniczne, ale nie mamy z kim wyjść na kawę, nie mówiąc już o dyskusji na głębsze tematy. Wszystko nas boli, jesteśmy poirytowani, a z partnerem rozmawialiśmy dwa dni temu, ustalając listę zakupów.

Na każdym kroku namawia się nas, byśmy pracowali i zarabiali coraz więcej. Mało kto znajduje czas i siły, żeby się zastanowić, czy tego właśnie chce i potrzebuje. Porwani wartkim nurtem, czasem zbyt późno się orientujemy, że kawał życia poświęciliśmy gromadzeniu dóbr, a nigdy nie zadaliśmy sobie pytania, czego pragniemy, kim jesteśmy i co nas cieszy.

Anna Mularczyk – Meyer

Kiedy ostatnio byliśmy szczęśliwi?

Po co nam życie w rytmie slow?

Filozofia slow przychodzi nam z odtrutką na bolączki współczesnego człowieka. Zwolnij. Bądź uważny. Celebruj życie i nie odkładaj go na potem. Zastanów się nad sobą. Jakie są twoje wartości i wizja życia? Co potrafisz? W czym jesteś dobry? Czego chcesz dla siebie i co możesz zrobić dla innych? Jak chcesz przeżyć resztę swojego czasu i co po sobie pozostawić? Za dziesięć lat nikt nie będzie pamiętał idealnego raportu, jaki oddasz w firmie, ale twoje dzieci, partner, rodzice z czułością będą wspominać spędzony z tobą czas. Co nie znaczy, że nagle masz rzucić pracę i zaszyć się w domu albo uciec w Bieszczady. Slow life to szukanie balansu, ale nie tego błyskającego do nas ze zdjęć na sieci, ale balansu uszytego na naszą miarę, potrzeby i możliwości. Dla każdego więc definicja slow life będzie inna.

Moja historia

Jakiś czas temu, zmęczona wypaleniem zawodowym, gwałtownie obniżającym się nastrojem i poczuciem wewnętrznego chaosu poszłam na spotkanie z trenerką rozwoju osobistego (popularnie zwaną przeze mnie kołczką). Skakałam z tematu na temat, chcąc omówić wszystkie moje problemy i wylać wszystkie żale. Ale głównie narzekałam na pracę. Zastanawiałam się w którą stronę iść, właściwie byłam bliska podjęciu decyzji o nauce programowania, miałam wybraną szkołę i wstępnie wybrany język którego będę się uczyć na początek.

Ale nie pałałam do tych planów entuzjazmem.

Myślałam, że skoro dziesięć lat pracy z ludźmi nie dało mi satysfakcji, a jedynie rosnącą frustrację i coraz większą niechęć, wybranie pracy z technologią, najlepiej zdalnej, będzie dla mnie idealne. Przymierzałam tę ideę przez rok, przechodząc od HTMLa, przez Javę, a na UX skończywszy. I nic, czułam się tak samo wyobcowana jak wcześniej, a frustracja i wrażenie życia cudzym życiem wciąż rosło. Aż któregoś dnia Aga, moja wspomniana kołczka, zapytała mnie po co mi w życiu rewolucja? I chociaż zmiana krążyła za mną już od dobrych kilku lat, to od tego jednego zdania i tej jednej rozmowy wszystko się tak naprawdę zaczęło.

Bo ja rzeczywiście nie potrzebowałam rewolucji. Nie musiałam się stać programistką, żeby uwierzyć w to że jestem mądra. Mam na to inne, bardziej moje sposoby. Tak jak nie muszę drastycznie zmieniać codzienności, żeby zacząć żyć inaczej. Potrzebowałam ewolucji.

Slow life, minimalizm, medytacja i uważność stały się zalążkiem mojej własnej, prywatnej ewolucji.

Czym jest slow life dla mnie?

Dwa lata temu, czyli znacznie wcześniej niż spotkałam Agę, poszłam do psychologa. Wiedziałam, że muszę rozpracować przeszłość i pogodzić się z pewnymi kwestiami, by w końcu ruszyć do przodu. Pani Aneta proponowała mi mnóstwo różnych technik. Ale wtedy miałam znacznie silniejsze poczucie zagrożenia niż mam obecnie i mój wewnętrzny buntownik szalał. Nic mi się nie podobało i na wszystko reagowałam niechętnie. Słyszałam wcześniej o medytacji i uważności, ale uznałam, że to nie dla mnie. W końcu dałam się namówić na krótką sesję. I nie mogę powiedzieć, żeby zaskoczyło. Nie wtedy.

Powrót do korzeni

Pół roku później umarła Wiła, najsłodszy kot świata, na zapalenie trzustki. I dopiero wtedy, siedząc w szpitalu weterynaryjnym, zdałam sobie sprawę, że uważność stosuję intuicyjnie od dziecka. Szczególnie w sytuacjach stresowych albo emocjonalnie niszczących.

Dla mnie idea slow life, uważności i medytacji jest powrotem do dzieciństwa i własnych korzeni.

Kiedy działo się coś złego szłam w pole, siadałam na łące albo w zbożu i obserwowałam otoczenie, chłonąc przyrodę i wyciszając umysł. Potrafiłam spędzać tak całe godziny. Ta łąka jest do tej pory moim wewnętrznym obrazem do którego uciekam, chcąc się uspokoić. Natomiast by opanować silne emocje koncentruję się na jakimś obiekcie i myślę o jego walorach fizycznych, fakturze, kolorze. Mam tak od dziecka. Jednak dopiero uświadomienie sobie tego, przyniosło mi prawdziwe korzyści. Przez lata dorosłego życia, próby dostosowania się w okresie studenckim, rozdźwięk pomiędzy życiem wewnętrznym i zewnętrznym, gdzieś zgubiłam po drodze siebie i te umiejętności.

Dlatego slow life to przede wszystkim świadomość i samoświadomość. Wiedza na swój temat, znajomość własnych wartości, reakcji, potrzeb, umiejętność rozpoznawania emocji i czytania języka ciała. To także świadomość tego, co mnie otacza, co jem, jakie ubrana kupuję, jak moje decyzje wpływają na innych i na środowisko.

Nie mogę powiedzieć, że zmiana była łatwa, bezbolesna i zajęła mi tylko dwa lata. Bo wciąż jest mnóstwo do zrobienia i tak naprawdę jestem na początku obranej drogi. Ale w końcu, po dwudziestu latach zastanawiania się, wiem czego chcę w życiu i dokładnie widzę swoją ścieżkę.

Czego i Wam życzę!

O tym czym jeszcze jest filozofia slow life i jak zaimplementować ją do własnego, codziennego życia piszę także w tym wpisie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *